Home

Na początku lat 90. raczkować dopiero zaczynał Projekt Poznania Ludzkiego Genomu, teleskop Hubble’a był jeszcze cudem astronomicznej technologii, pierwsze inhibitory proteaz umożliwiły pierwszą skuteczną terapię HIV/AIDS, zaś astrofizycy znaleźli doświadczalne potwierdzenie istnienia czarnych dziur. Na tle tych wiekopomnych wydarzeń chyłkiem przemknęło się najpierw odkrycie, a potem zsekwencjonowanie genu BRCA1. Mutacja tego genu odpowiada za zwiększone ryzyko (85-90%) występowania raka piersi.

Pierwszy patent

Młodziutka firma, w której dokonano sekwencjonowania, Myriad Genetics, złożyła szybko podanie o patent na ten gen. Patent został jej przyznany w roku 1997. W 1998 dostała kolejny patent na gen BRCA2. W międzyczasie w firmie opracowano proste testy pozwalające wykryć mutacje tych genów – taki test diagnostyczny może zaś pomóc z wczesną diagnozą nowotworów piersi. Test taki kosztuje obecnie – teoretycznie – około $200. Myriad Genetics, która dzięki patentom ma na ten test wyłączność, każe sobie jednak płacić słono, za każdy test żądając $3000 (czyli piętnastokrotnie więcej).

Istnieje duże prawodopodobieństwo, że osoby biorące udział w tamtych wydarzeniach nie zdawały sobie sprawy, jak bardzo świat genetyki zmieni się w ciągu nadchodzącej dekady. Konsekwencje przyznania tych pierwszych patentów na geny odczuwamy w nauce – a co gorsza w medycynie – do dzisiaj. Podstawowe zaś pytanie brzmi: czy nadanie tego patentu było w ogóle zasadne?

Trudno w takiej sytuacji nie przypomnieć sławnego amerykańskiego lekarza i badacza, Jonasa Salka, który zasłynął opracowaniem szczepionki na polio. Gdyby tę szczepionkę opatentował (a i miałby do tego lepsze podstawy niż Myriad Genetics do patentu genów), szybko zostałby bilionerem. O patent jednak nigdy nie ubiegał; gdy zapytano go w jednym z telewizyjnych wywiadów, kto jest właścicielem tego patentu, odpowiedział „Nie ma patentu. Czy można opatentować Słońce?”.

Mówiąc to Salk miał na myśli prawdę dość oczywistą: nie można patentować obiektów występujących naturalnie w przyrodzie. To tak, jakby ktoś próbował opatentować koło albo mleko. Coś jednak zostało tutaj albo źle zrozumiane – albo niedopowiedziane – i pierwszy patent na gen przyznany został Myriad Genetics, a potem kolejne patenty na kolejne geny kolejnym firmom.

Patentowa lawina

W 2001 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych (pieszczotliwie nazywany SCOTUSem) opublikował wytyczne określające, jakie fragmenty naszego DNA mogą podlegać ochronie patentowej i w jaki sposób. W tych wytycznych napisał, że DNA może zostać opatentowane, „jeśli zostało wyizolowane ze swojego naturalnego stanu i przetworzone w kolejnych etapach oczyszczania, które rozdzielają geny od innych cząsteczek naturalnie z nimi związanych”. Dodatkowo wymagano aby patentowany gen lub sekwencja DNA wykazywały „specyficzną, wiarygodną i znaczącą użyteczność”; innymi słowy nie można było złożyć podania o patent na losowo wybraną sekwencję DNA.

Do dnia dzisiejszego przyznano 40 tysięcy patentów na cząsteczki DNA, zarówno geny, jak i krótsze sekwencje. Kilkoro badaczy w 2005 sugerowało, że już jedna piąta naszego materiału genetycznego jest chroniona patentami. Analiza opublikowana miesiąc temu w Genome Medicine sugeruje, że może to już być aż 42%!

Niezależnie od tego, jak zdefiniuje się „patentowalne” DNA, nierozwiązana pozostaje kwestia tego, czy w ogóle powinno się pozwalać na ochronę patentową materiału genetycznego. Chłopskorozumowe przyczyny są proste: co oznacza opatentowanie genu w sytuacji, gdy większość genów większości żyjących ludzi są takie same? Czy znaczyłoby to, że nie mamy prawa do naszego własnego ciała? Czemu zatem nie opatentować blond włosów i nie zażądać od wszystkich blodynów i blondynek, aby albo płacili za bycie blond albo ogolili się na łyso?

Sprawa z patentami Myriad Genetics była jeszcze bardziej skomplikowana: te bowiem nie chroniły tylko genów, ale także każdą sekwencję długą na 15 lub więcej nukleotydów zawartą w obrębie genu. 15 nukletydów może się wydawać długim odcinkiem – z czterema literami DNA, 15 znaków daje w końcu ogrom kombinacji. A jednak, gdy weźmie się pod uwagę, ile takich odcinków znajduje się w obrębie BRCA1 i BRCA2, a także to, że w nasz genom ma niebagatelne 3 miliardy par zasad, okazuje się, że taka definicja patentu pozwala na bardzo wiele. Wspomniana analiza w Genome Medicine ujawniła, że tak zdefiniowane – i opatentowane – sekwencje znajdują się jeszcze w blisko 700 innych genach. Można zatem powiedzieć, że Myriad Genetics pośrednio miała patent na 700 genów (to jest 3% wszystkich naszych genów)!

Walka o geny American style

Było więc zatem kwestią czasu, zanim ktoś zaskarżyłby patenty na BRCA1 i BRCA2 do sądu. I tak też się stało: w 2009 roku American Civil Liberties Union oraz Public Patent Foundation wzięły sprawę do sądu. Myriad sprawę pierwotnie przegrało, tracąc patenty, następnie wygrało apelację, odzyskując je. Wreszcie za sprawę zabrał się SCOTUS, który obrady nad nią rozpoczął w tym miesiącu. Posiedzeniu z zainteresowaniem przyglądają się badacze z całego świata, rozstrzygnięcie bowiem będzie miało wymiar symboliczny.

Ostatecznie jednak trudno orzec, ile decyzja sądu na niekorzyść Myriad Genetics może zmienić w świecie patentów genowych. Chociaż większość badaczy zgadza się – przynajmniej na poziomie moralnym i, nazwijmy to, emocjonalnym – że patentowanie genów jest po prostu be, o tyle trudno stwierdzić to samo w przypadku patentów na metody pozwalające te geny analizować. A coraz więcej patentów wygląda właśnie w ten sposób: zamiast skupiać się na sekwencji, z których wiekszość, o ile nie wszystkie, znajduje się w domenie publicznej (taki urok świata, w których dane z eksperymentów sekwencjonowania ludzkich genomów są umieszczane w publicznych repozytoriach), badacze i wynalazcy coraz częściej skupiają swoją energię właśnie na metodach analitycznych.

Promykiem nadziei w tej sytuacji jest to, że znacznie łatwiej jest stworzyć nową metodę analityczną (zwłaszcza gdy mówimy o metodach komputerowych – a w przypadku analizy genów najczęściej o takich metodach mówimy), niż obejść patent na konkretną sekwencję! Z jednej strony więc i wilk, w postaci firm komercjalizujących testy diagnostyczne, jest syty, i owca, w postaci lekarzy i pacjentów, którzy mają szansę wyboru testu tańszego, a być może i lepszego, jest cała. A rodząca się nowa dziedzina medycyny personalnej opartej na sekwencjonowaniu indywidualnego genomu będzie być może mogła wreszcie ze spokojem zająć się własnym rozwojem, zamiast zamartwiania się genowymi patentami.

Przypisy:

1. Pervasive sequence patents cover the entire human genome (2013), J.A. Rosenfeld, C.E. Mason, Genome Medicine 5:27

2. Gene patents in the dock (2013), H. Ledford, Nature 496: 150

3. US Supreme Court hears arguments in gene-patent case (2013), H. Ledford, Nature News blog

Autor: Rafał Marszałek, nicprostszego.pl

Reklamy

One thought on “Patent na człowieka

  1. Pingback: Naukowe podsumowanie roku 2013 | nic prostszego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s